Z trudem ogromnym powstrzymuję się przed wykonaniem kolosalnie długiej, jak co styczeń, listy postanowień noworocznych. Właściwie to nawet nie chodzi o krótką czy krótszą niż w poprzednich latach listę. Chodzi o to dokładnie, by w ogóle jej nie było. Tak więc mamy 5 stycznia, a na pierwszej stronie dopiero co napoczętego kalendarza książkowego nie ma nic, prócz nakreślonych czterech cyfr. 2012. Na tym koniec. Choć korci. Moje coroczne plany zawsze były bardzo obfite w marzenia, wizje rozwoju osobistego i doskonalenia relacji ze światem zewnętrznym.
I tak, obowiązkowo na takiej liście znajdywały się punkty dotyczące nauki języków obcych, co najmniej dwóch, czytania niebotycznej liczby książek, bycia na bieżąco z tym, co dzieje się w regionie, w Polsce i na świecie. Do tego oczywiście wizyty w teatrze i operze, kino dla ambitnych itp. Konieczny był również rozwój artystyczny, więc określałam liczbę obrazów, które w danym roku miałam namalować. W późniejszych latach do listy dołączyła troska o zdrowie i związane z nią wizyty u lekarzy oraz sport. Nierzadko do listy, przewrotnie na deser, dokładałam absurdalny w samym swoim brzemieniu punkt „Czekolada raz w tygodniu” albo co gorsza „Zero czekolady”.
W dziedzinie budowania relacji z otaczającym światem kreśliłam imiona ludzi, z którymi znajomość miałam w konkretny sposób pielęgnować, bo wcześniej na jakimś polu zawaliłam bądź niedomagałam. Po spisie nazwisk pojawiały się życzenia bardziej ogólne dotyczące poznawania ludzi, interesowania się ich losem itp.
Wszystko po to, by rozszerzać umysł o kroczek, o kroczek, o kolejny kroczek. Po co? Dla spełnienia? Zaspokojenia ambicji? Osiągnięcia pułapu intelektualnego rozpasania, który zaspokoi mnie i moje chore postrzeganie rzeczywistości? Po szczypcie każdego. Choć byłabym niesprawiedliwa dla siebie, gdybym nie dodała, że zwyczajnie zależało mi też na innych.
Tak więc po zamknięciu listy składającej się z 20 do 30 punktów, zadowolona i zmęczona, dumna, z ego zaspokojonym w jakimś procencie, zamykałam kalendarz. Dwa, może trzy razy w roku wracałam na jego pierwszą stronę, by utwierdzić się w przekonaniu, że zbyt wiele od siebie wymagam i że takie postanowienia nie mają większego sensu. No, może pokazują kim jestem na postawie tego, czego pragnę. Wniosek był zawsze jeden: powinnam skupić się na jednej, dwóch rzeczach. Ale entuzjazm związany z nowym początkiem kasował z mojej pamięci doświadczenie poprzednich lat. A wynikiem tego była lista postanowień, równie mięsista, lub jeszcze bardziej, niż poprzednia.
A w tym roku cisza. Bo co tu można zaplanować? Albo czego chcieć? M. życzyła mi 58 kg w Nowym Roku.
Obudziłam się 1 stycznia i poprosiłam Boga, żeby ze mną był w tym roku. Kilka dni później dołożyłam drugie życzenie, już nie postanowienie. Żebym ja była dla innych, bardziej niż dla siebie. Innym szaleństwom mówię kategorycznie: nie!