Plan doskonały

Każdy człowiek potrafi robić coś naprawdę dobrze. Jeden śpiewa, inny programuje, kolejny ma rękę do włosów, inny potrafi rozkręcić biznes albo dogaduje się świetnie z dzieciakami. Tak do tej pory myślałam i chyba nic w tej kwestii się nie zmieniło. Choć może nie każdy robi to swoje coś najlepsze najlepiej ze wszystkich na świecie, warto.

Myślałam dalej tak. Trzeba znaleźć to coś. A potem ciężko pracować i po wielu, wielu latach będzie można z dumą i spełnieniem spojrzeć na efekty. Ekscytacja płynąca z tego odkrycia trwała jakieś dziesięć lat. Aż w końcu…

Weryfikacja. Życie.

Niektórzy nie znajdują tego czegoś nigdy. (Jednak nie mają czy się schowało?)

Niektórzy stchórzyli.

Niektórzy nie natrafili na sprzyjające okoliczności.

Z moich skrupulatnych obliczeń wynika, że na palcach jednej ręki mogę wymienić ludzi, których znam i którzy jednocześnie: znaleźli to, co chcą i kochają robić, pracują w ten sposób, zarabiają na tym pieniądze. Statystyki zachęcające.

Ale wczoraj nagle myśl. Jak błyskawica. Jak Grom. I plan na resztę życia.

Mieć kasę. Jakoś sprytnie to wymyślić. I robić, co lubię, co kocham. Bez względu na koszty, bez wynagrodzenia. Dla czystej satysfakcji.

Dobre, nie?

To chyba wyparcie

Nie wierzymy do końca. To chyba cudowna konstrukcja ludzkiego umysłu. Nie wiem, nie znam się. Ale prędzej skłonni jesteśmy uwierzyć w pomyłkę niż w fakt, że chorujemy. Chorujemy poważnie. Umieramy. Słyszymy i zaprzeczamy. To chyba zresztą któryś tam etap po usłyszeniu diagnozy. Trafiłam przypadkiem na notatki T. z jakiegoś wykładu. Jak informować pacjenta o nieuleczalnej chorobie.

Skąd w nas to silne przekonanie, że to nigdy nas nie spotka? U jednych – wiara, u innych – jej brak. A i tak wierzący giną razem z niewierzącymi. Tak czy inaczej. Skąd więc w nas to silne przekonanie, że my na pewno nie? Może potrzebujemy tego po prostu, by żyć?

Codziennie przeciskam się przez kolejkę oczekujących w Wojewódzkim Centrum Onkologii. Ogromną kolejkę. Jedni, jeszcze silni, jeszcze twardzi, jeszcze bijący się z myślami. To tylko dalsza diagnostyka. Jest jeszcze tyle możliwości. Inni, już słabi. Ale z nadzieją w spojrzeniu. Inni, już słabi. Bez nadziei. Nasze spojrzenia się spotykają i nie mogę przecież zaprzeczyć, że to nie mogłabym być ja. Albo ktoś mi bliski. Ale nie mogę też na to czekać. Nie będę też bezsensownie powtarzać, że to niemożliwe. Jestem w potrzasku.

Szukam więc równowagi. Między wyparciem a zgodą na wszystko. Myślę czym jest to życie, które mam. Myślę, czemu niektórzy nie dożyli mojego wieku. Albo czemu inni umierają dożywając stu lat. I jestem jak pchła albo inne, drobne w każdym razie stworzenie, które wydaje się nie mieć wpływu na swoje życie. No bo i kto ma ten wpływ? Coraz częściej jest we mnie ta cisza, która zwalnia mnie z odpowiedzialności martwienia się o jutro. Coraz częściej znajduję w sobie zgodę na to, co ma przyjść.

Jest mi przykro, gdy słyszę jak ludzie małe problemy, które w istocie problemami wcale nie są, wynoszą do rangi katastrof. A jednak, czy wymagać mogę od nich, by tego nie robili? Żal mi tylko tych, którzy walczą i tych, którzy zostają. Myślę, że nie chciałabym, żeby byli z tym sami.

Nie postanawiam

Z trudem ogromnym powstrzymuję się przed wykonaniem kolosalnie długiej, jak co styczeń, listy postanowień noworocznych. Właściwie to nawet nie chodzi o krótką czy krótszą niż w poprzednich latach listę. Chodzi o to dokładnie, by w ogóle jej nie było. Tak więc mamy 5 stycznia, a na pierwszej stronie dopiero co napoczętego kalendarza książkowego nie ma nic, prócz nakreślonych czterech cyfr. 2012. Na tym koniec. Choć korci. Moje coroczne plany zawsze były bardzo obfite w marzenia, wizje rozwoju osobistego i doskonalenia relacji ze światem zewnętrznym.

I tak, obowiązkowo na takiej liście znajdywały się punkty dotyczące nauki języków obcych, co najmniej dwóch, czytania niebotycznej liczby książek, bycia na bieżąco z tym, co dzieje się w regionie, w Polsce i na świecie. Do tego oczywiście wizyty w teatrze i operze, kino dla ambitnych itp. Konieczny był również rozwój artystyczny, więc określałam liczbę obrazów, które w danym roku miałam namalować. W późniejszych latach do listy dołączyła troska o zdrowie i związane z nią wizyty u lekarzy oraz sport. Nierzadko do listy, przewrotnie na deser, dokładałam absurdalny w samym swoim brzemieniu punkt „Czekolada raz w tygodniu” albo co gorsza „Zero czekolady”.

W dziedzinie budowania relacji z otaczającym światem kreśliłam imiona ludzi, z którymi znajomość miałam w konkretny sposób pielęgnować, bo wcześniej na jakimś polu zawaliłam bądź niedomagałam. Po spisie nazwisk pojawiały się życzenia bardziej ogólne dotyczące  poznawania ludzi, interesowania się ich losem itp.

Wszystko po to, by rozszerzać umysł o kroczek, o kroczek, o kolejny kroczek. Po co? Dla spełnienia? Zaspokojenia ambicji? Osiągnięcia pułapu intelektualnego rozpasania, który zaspokoi mnie i moje chore postrzeganie rzeczywistości? Po szczypcie każdego. Choć byłabym niesprawiedliwa dla siebie, gdybym nie dodała, że zwyczajnie zależało mi też na innych.

Tak więc po zamknięciu listy składającej się z 20 do 30 punktów, zadowolona i zmęczona, dumna, z ego zaspokojonym w jakimś procencie, zamykałam kalendarz. Dwa, może trzy razy w roku wracałam na jego pierwszą stronę, by utwierdzić się w przekonaniu, że zbyt wiele od siebie wymagam i że takie postanowienia nie mają większego sensu. No, może pokazują kim jestem na postawie tego, czego pragnę. Wniosek był zawsze jeden: powinnam skupić się na jednej, dwóch rzeczach. Ale entuzjazm związany z nowym początkiem kasował z mojej pamięci doświadczenie poprzednich lat. A wynikiem tego była lista postanowień, równie mięsista, lub jeszcze bardziej, niż poprzednia.

A w tym roku cisza. Bo co tu można zaplanować? Albo czego chcieć? M. życzyła mi 58 kg w Nowym Roku.

Obudziłam się 1 stycznia i poprosiłam Boga, żeby ze mną był w tym roku. Kilka dni później dołożyłam drugie życzenie, już nie postanowienie. Żebym ja była dla innych, bardziej niż dla siebie. Innym szaleństwom mówię kategorycznie: nie!