Dolny Wrzeszcz, od reszty dzielnicy oddzielony torami kolejowymi, znany jest nielicznym. Gdy spytasz o to miejsce Gdańszczanina, nie powie ci nic, jeśli nie miał poważnego powodu, by zawitać tu wcześniej. Tutaj nie umawia się na spotkanie, nie przyjeżdża po zakupy. Tu trzeba mieć dom.
Zanim weszło się na drugie piętro eklektycznej wrzeszczańskiej kamienicy trzeba było minąć mieszkanie starszego mężczyzny, który potrafił udawać skomlenie szczeniaka. W jedynej rozmowie z nim, którą pamiętam, robił to niezauważalnie. Mówił i nagle ten dźwięk. Śmiał się wtedy i wskazywał na pokaźną kieszeń płaszcza. Wiedziałam, że nie ma tam zwierzaka, ale odgłos był tak realny, że za każdym razem wątpiłam w swój zdrowy rozsądek. O mężczyźnie z parteru pamiętam też, że miał wymienione dwa stawy biodrowe. I że długo na nie czekał.
Zanim weszło się na drugie piętro trzeba było minąć mieszkanie na pierwszym. Nigdy tam nie byłam, ale wiedziałam co matka i córka mają sobie do zarzucenia. Kłóciły się rankiem albo w południe. Po powrocie ze szkoły albo przed wyjściem na imprezę. Matka miała jakieś 50 lat. Córka była wtedy w gimnazjum. Na ulicy widywałam je zawsze uśmiechnięte i szczęśliwe. Zwykle obładowane zakupami.
Już na drugim piętrze mieszkała pani Basia, kąśliwie nazywana przez wtajemniczonych panem Basią. Małżeństwo z dwójką dzieci i psem Psotką. Pan Basia chodziła codziennie do pracy, latem wyjeżdżała za granicę dorobić. Mąż pana Basi nosił biały podkoszulek i całymi dniami siedział w domu. Wychodził na półpiętro palić papierosy. Pan Basia czasem przychodziła pod ósemkę i mimochodem wrzuciła jakąś opowieść. Na przykład o wizycie po kolędzie. Psotka zobaczywszy księdza, z radości obsikała mu sutannę. Pan Basia, nie przyjmując sprzeciwu, kazała się księdzu rozebrać i czekać. Ona w tym czasie prała i suszyła czarną sukienkę.
W mieszkaniu na drugim piętrze przy Wallenroda 13 spędziłam cztery najlepsze lata mojego życia. Tak przynajmniej oceniam to z perspektywy niedługiego czasu. Niewielkie mieszkanie z ogromnymi oknami wychodzącymi na podwórko otoczone szeregiem kamienic. Latem otwierałam je na oścież, co dawało wrażenie przestrzeni. Przez okno przypatrywaliśmy się z moim bratem grupce młodzieży zbierającej się codziennie na trzepaku. Nie znaliśmy ich, wiedzieliśmy jednak kto z kim. Dlaczego – to były już tylko domysły. Nadawaliśmy im ksywki. Bujaka. Z rozbawieniem śledziliśmy losy napakowanego chłopaka, który znaczył swoje terytorium szeroko rozstawionymi ramionami, bujając przy chodzeniu sztywnymi rękoma.
W mieszkaniu śmierdziało stęchlizną. Jak to w starej kamienicy. Na podłodze luźno ułożone deski przykryte warstwą zmurszałej wykładziny. Odkurzaliśmy jak najrzadziej. Ten zabieg wzmagał nieprzyjemny zapach, który utrzymywał się przez kilka dni.
Kiedyś pod ścianą naprzeciwko okien stał stół. Nad nim nisko spuszczony żyrandol. Podobno było ładnie. Właściciel zabrał stół, na jego miejsce postawili kanapę. Lampę podnieśliśmy. Mimo tego każdy wstając, uderzał w nią głową. Przy kanapie z porwanym obiciem stał niski stolik z bambusa. Resztki jedzenia, jakby się nie starać, wciskały się między misternie zaplecione i obstrzępione elementy blatu. To nie przeszkadzało nam dopełniać codziennego rytuału picia kawy. Koniecznie z czymś słodkim.
Lubiliśmy szczególnie precle greckie, które można było kupić w cukierni ulicę dalej. Niewielkich rozmiarów z kruchego ciasta obficie posypane cukrem pudrem. Właściciel cukierni przejął ją po swoim ojcu. Ten zaraz po wojnie przyjechał do Gdańska, żeby zacząć nowe życie. Syn zna tu wszystkich. To chłopak stąd.
Dolny Wrzeszcz, od reszty dzielnicy oddzielony torami kolejowymi, znany jest nielicznym. Gdy spytasz o to miejsce Gdańszczanina, nie powie ci nic, jeśli nie miał poważnego powodu, by zawitać tu wcześniej. Tutaj nie umawia się na spotkanie, nie przyjeżdża po zakupy. Tu trzeba mieć dom.