Kości jak zapałki

Tagi

, ,

Długie czarne włosy, blada wychudzona twarz i wola życia, jakiej nie spotkałam wcześniej. Wiek, prawie trzydzieści. Tyle pamiętam. Ani imienia, ani nazwiska, ani długiej listy chorób.

Barwę głosu ma pewną. Jej słowa to słowa doświadczonego człowieka. Mówi wolno, zdecydowanie, rozważa za i przeciw, nauczona latami ważyć na szali swoje życie. Odruchowo próbuję jej współczuć, ale ona tego nie oczekuje. Ona wie, jaką cenę zapłaciła, żeby tu być. By dowiedzieć się o kolejnym skutku ubocznym wieloletniej walki i trudnych wyborów.

Jest bardzo chuda, znika za wielkimi kołami wózka, na którym przywiozła ją matka. Ale to ona pyta, mówi, komunikuje, czego potrzebuje, gdy matka układa ją do badania. Słowa wypowiada z wielką godnością i spokojem, choć zależna od innych na każdym kroku.

Ubrana na czarno. Skórę ma papierową. Chłodne dłonie. Kości jak zapałki. Oczy iskrzą. Niespokojny duch, który chce żyć.

Wallenroda trzynaście przez osiem

Tagi

, , ,

Dolny Wrzeszcz, od reszty dzielnicy oddzielony torami kolejowymi, znany jest nielicznym. Gdy spytasz o to miejsce Gdańszczanina, nie powie ci nic, jeśli nie miał poważnego powodu, by zawitać tu wcześniej. Tutaj nie umawia się na spotkanie, nie przyjeżdża po zakupy. Tu trzeba mieć dom.

Zanim weszło się na drugie piętro eklektycznej wrzeszczańskiej kamienicy trzeba było minąć mieszkanie starszego mężczyzny, który potrafił udawać skomlenie szczeniaka. W jedynej rozmowie z nim, którą pamiętam, robił to niezauważalnie. Mówił i nagle ten dźwięk. Śmiał się wtedy i wskazywał na pokaźną kieszeń płaszcza. Wiedziałam, że nie ma tam zwierzaka, ale odgłos był tak realny, że za każdym razem wątpiłam w swój zdrowy rozsądek. O mężczyźnie z parteru pamiętam też, że miał wymienione dwa stawy biodrowe. I że długo na nie czekał.

Zanim weszło się na drugie piętro trzeba było minąć mieszkanie na pierwszym. Nigdy tam nie byłam, ale wiedziałam co matka i córka mają sobie do zarzucenia. Kłóciły się rankiem albo w południe. Po powrocie ze szkoły albo przed wyjściem na imprezę. Matka miała jakieś 50 lat. Córka była wtedy w gimnazjum. Na ulicy widywałam je zawsze uśmiechnięte i szczęśliwe. Zwykle obładowane zakupami.

Już na drugim piętrze mieszkała pani Basia, kąśliwie nazywana przez wtajemniczonych panem Basią. Małżeństwo z dwójką dzieci i psem Psotką. Pan Basia chodziła codziennie do pracy, latem wyjeżdżała za granicę dorobić. Mąż pana Basi nosił biały podkoszulek i całymi dniami siedział w domu. Wychodził na półpiętro palić papierosy. Pan Basia czasem przychodziła pod ósemkę i mimochodem wrzuciła jakąś opowieść. Na przykład o wizycie po kolędzie. Psotka zobaczywszy księdza, z radości obsikała mu sutannę. Pan Basia, nie przyjmując sprzeciwu, kazała się księdzu rozebrać i czekać. Ona w tym czasie prała i suszyła czarną sukienkę.

W mieszkaniu na drugim piętrze przy Wallenroda 13 spędziłam cztery najlepsze lata mojego życia. Tak przynajmniej oceniam to z perspektywy niedługiego czasu. Niewielkie mieszkanie z ogromnymi oknami wychodzącymi na podwórko otoczone szeregiem kamienic. Latem otwierałam je na oścież, co dawało wrażenie przestrzeni. Przez okno przypatrywaliśmy się z moim bratem grupce młodzieży zbierającej się codziennie na trzepaku. Nie znaliśmy ich, wiedzieliśmy jednak kto z kim. Dlaczego – to były już tylko domysły. Nadawaliśmy im ksywki. Bujaka. Z rozbawieniem śledziliśmy losy napakowanego chłopaka, który znaczył swoje terytorium szeroko rozstawionymi ramionami, bujając przy chodzeniu sztywnymi rękoma.

W mieszkaniu śmierdziało stęchlizną. Jak to w starej kamienicy. Na podłodze luźno ułożone deski przykryte warstwą zmurszałej wykładziny. Odkurzaliśmy jak najrzadziej. Ten zabieg wzmagał nieprzyjemny zapach, który utrzymywał się przez kilka dni.

Kiedyś pod ścianą naprzeciwko okien stał stół. Nad nim nisko spuszczony żyrandol. Podobno było ładnie. Właściciel zabrał stół, na jego miejsce postawili kanapę. Lampę podnieśliśmy. Mimo tego każdy wstając, uderzał w nią głową. Przy kanapie z porwanym obiciem stał niski stolik z bambusa. Resztki jedzenia, jakby się nie starać, wciskały się między misternie zaplecione i obstrzępione elementy blatu. To nie przeszkadzało nam dopełniać codziennego rytuału picia kawy. Koniecznie z czymś słodkim.

Lubiliśmy szczególnie precle greckie, które można było kupić w cukierni ulicę dalej. Niewielkich rozmiarów z kruchego ciasta obficie posypane cukrem pudrem. Właściciel cukierni przejął ją po swoim ojcu. Ten zaraz po wojnie przyjechał do Gdańska, żeby zacząć nowe życie. Syn zna tu wszystkich. To chłopak stąd.

Dolny Wrzeszcz, od reszty dzielnicy oddzielony torami kolejowymi, znany jest nielicznym. Gdy spytasz o to miejsce Gdańszczanina, nie powie ci nic, jeśli nie miał poważnego powodu, by zawitać tu wcześniej. Tutaj nie umawia się na spotkanie, nie przyjeżdża po zakupy. Tu trzeba mieć dom.

Co wolno zrobić, by przeżyć

Tagi

, , , ,

Nie żałuję przeczytanej książki, gdy zostawia we mnie pytanie, na które muszę szukać odpowiedzi. Mogę nie znaleźć jej nigdy. Ale spokoju nie zaznam, jeśli nie będę błądzić choćby między poszlakami do niej prowadzącymi. Z takim pytaniem zostawiła mnie książka Agaty Tuszyńskiej “Oskarżona: Wiera Gran”. Książkę niemal połknęłam. Jak wcześniej “Ćwiczenia z utraty”. Bolało.

Pytanie abstrakcyjne dla młodej dziewczyny wychowanej w pełnej wolności. Która nie doświadczyła ani głodu, ani zimna, ani nigdy nie było zagrożone jej własne życie. Nie musiała dokonywać wyborów, za które zapłatą jest śmierć. Jej lub innych. Nie wie, co to wojna. Nie wie, co to ból. Fizyczny. Ból beznadziei, strachu, niemocy. Nie aż taki ból.

Co wolno zrobić, by przeżyć? Getto. Ci, co przeżyli, musieli się tłumaczyć.

Autorka przedstawia czytelnikom życie Wiery Gran, utalentowanej polskiej śpiewaczki pochodzenia żydowskiego. Ale życiorys Wiery to jedno. Trudny, uwikłany w tajemnice, złe słowa. Napiętnowany wojną, choć była wówczas młodziutka i większość jej życia przypadła na lata pokoju. Dla mnie ta książka nie jest jednak o niej, choć może dla samej Wiery byłoby to straszne stwierdzenie.

Wzbudziła moją sympatię. Mój żal, współczucie.

“Siedzi na łóżku. Pochylona. Jakby na straży swojego lęku.”

Czytelnik musi się rozliczyć z sobą samym. Agata Tuszyńska kilka razy używa określenia “przymierzam los”. Los tych, którzy żyli w getcie i tych poza jego murami. Jak niemożliwe do wyobrażenia wydają mi się te role. A jednak muszę spróbować. Będę musiała próbować. Choć wiem, że niemożliwym jest przewidzieć swoje wybory, zgadnąć zachowanie, dopóki nie znajdę się w podobnej sytuacji. Obym nie znalazła się nigdy.

Aleksander Klugman powiedział: “Nauczyłem się jednego, że nie wolno sądzić nikogo, dopóki nie było się na jego miejscu”.

“W każdej rzeczywistości są bohaterowie, ci, którzy oddadzą swoje życie za innych. Strzelą lub pozwolą się rozstrzelać, zaatakują lub ochronią własną piersią. Są i zwykli ludzie. Nimi jesteśmy. Odwaga jest cnotą, nie wolno jej wymagać. Oczekiwać można jedynie przyzwoitości.”

Czy na pewno?